piątek, 28 lutego 2014

Rozdział III...

Piątek. Upragniony dzień wszystkich nastolatków. Tylko parę godzin w szkole i w końcu wolne. Gdy zacznie się ściemniać grupy znajomych spotkają się i ruszą na podbój świata. Imprezy, alkohol, narkotyki, seks to życie nastolatków z szkoły Mussiers. Ludzie i wampiry połączą się by świętować ten piękny dzień. Najpopularniejsi nadadzą życiu nowy rytm. Wszyscy spotkają się w klubie Angels. Bez żadnego wyjątku. To tam mogą zapomnieć o wszystkich problemach i dołączyć do plątaniny spoconych ciał.
Wczorajszy dzień był dla Rena prawdziwym koszmarem. Nie dość, że pokłócił się z Mimi, to jeszcze problemy z ojcem. Kiedy wszedł do domu i zobaczył jak Emil znęca się nad rodziną, nie wytrzymał. Próbował go powstrzymać, ale to nic nie dało. Tylko dorobił się pary siniaków, które powoli znikały w związku z jego krwią. Krew wampira zawierała pewne antygeny, które pozwalały ciału szybko się zregenerować. Do wieczora nie zostanie nawet ślad po tym incydencie. Gorzej z jego matką. Ojciec ukarał ją za wybuch Rena. Kiedy się ocknął zobaczył swoją siostrę, która pomagała jej wstać. Eva miała głębokie rany na plecach i ramionach. Zwijała się z bólu pod ścianą. Tego było za wiele. Obiecał matce, że Emil już nigdy jej nie skrzywdzi. Powiedział, że zabierze ją z tego piekła, ale ona tylko się rozpłakała. Prosiła go, wręcz błagała by dał sobie spokój. Bała się, że to tylko pogorszy sprawę i Emil ich pozabija. Poza tym nie mieli gdzie się schować, ponieważ nikt nie chciał narażać się na gniew jej męża. Ren myślał o tym cały dzień, ale co mógł zrobić, jeżeli jego matka zagroziła mu, że popełni samobójstwo, gdy wymyśli jeszcze raz coś takiego. Miał popsuty humor przez cały dzień, ale w końcu będzie mógł odpocząć, jeżeli pójdzie do klubu. Tam na pewno się odpręży.
                                                               *******************
-Jesteś gotowa?- Zapytał ją Tegan. Potwierdziła mu skinieniem głowy.- Pamiętaj! Wróg nigdy nie będzie czekał na twój pierwszy ruch. Rzuci się na ciebie i będzie próbował zabić, a ty musisz parować jego ciosy. Zrozumiałaś?
-Oczywiście szefie!- Katherine posłała mu swój najpiękniejszy uśmiech i zaatakowała. Próbował uderzyć go w klatkę piersiową, ale Tegan złapał jej nadgarstek i przewrócił na ziemię. Była uwięziona. Leżało na niej 90kg samych mięśni. Wiedziała, że jeżeli nic nie zrobi to on ją pokona. Próbowała się obrócić, ale jej mentor przewidział ten ruch. Przyciągnął ją do siebie i wykręcił ręce. Spojrzała w twarz tego przystojnego 700-latka. To właśnie on znalazł ją, w tamten okropny dzień, kiedy straciła swoich bliskich. Była załamana. Płakała i ściskała w ramionach ciało swojej matki. Do tej pory pamięta tamten ból. Nie słyszała nic. Była pogrążona w rozpaczy i właśnie wtedy pojawił się Tegan. Ukląkł przy niej i zabrał z jej ramion ciało rodzicielki. Nie kontaktowała wtedy w ogóle. Czuła się tak rozbita i płakała w jego ramionach. Nie obchodziło ją, że go nie zna. Czuła, że może mu zaufać. Potem zasnęła i obudziła się w białej pościeli w nieznajomym pokoju. Zobaczyła, że jest podłączona do kroplówki i ma obandażowaną rękę. Powinna czuć strach, ale nie była do tego zdolna. Myślała o życiu, które straciła i wtedy pojawił się Tegan. Wysoki, umięśniony mężczyzna o stalowym spojrzeniu. Miał na sobie czarny strój bojowy i pełno broni. Pamiętała jak wtedy jego topazowe oczy ją przeraziły, ale nic jej nie zrobił. Zdjął pas z bronią i położył go na metalowym stoliku.
-Jak się czujesz?- Zapytał, odgarniając z twarzy pukle blond włosów.- Znaleźliśmy Cię w opłakanym stanie. Nie bój się. Jesteś już bezpieczna. Nic ci nie grozi.- zapewniał. Powoli zbliżył się do mojego łóżka i usiadł na brzegu. Katherine spojrzała w jego twarz i poczuła, że może mu wszystko powiedzieć i tak zrobiła. Opowiedziała mu o tragedii, która ją spotkała, a on tylko słuchał. Czuła się przy nim bezpiecznie. Powierzyła mu wtedy swoje życie, a teraz musiała wygrać. Od niedawna nauczyła się używać swojej mocy. Była telepatką. Oczyściła swój umysł i wyobraziła sobie, że uderza w Tegana całą swoją mocą. Na początku nic się nie stało, ale po chwili jego twarz przybrała bolesny grymas. Zsunął się z niej i złapał za głowę. Wykorzystała to i złapała jego broń. Powoli zbliżyła się i odwróciła go na plecy. Przyłożyła broń do jego krtani i uśmiechnęła się złośliwie.
- Poddajesz się?- Zapytała niewinnie, jak tylko potrafią kobiety.
Rzucił jej jeszcze mordercze spojrzenie, które sparaliżowało by każdego członka ich Rasy, ale nie ją. Wiedziała, że pod tym śmiercionośnym wzrokiem kryje się duma. Tegan był jak jej ojciec. Potępiał jej zachowanie, ale postanowił nauczyć ją wszystkiego co wie. Był dumny, że tak dobrze sobie radziła i traktował ją jak córkę.
- Dobra robota, dzieciaku.- mówiąc to posłał jej krzywy uśmiech, od którego mdlały kobiety.- Zdaje mi się, że będziesz dziś mogła się trochę zabawić.
-Co masz na myśli, staruszku? Czyżbyś postanowił mi dać trochę wolnego?- zapytała słodko.
-Można tak powiedzieć.- Podniósł się z podłogi i podał jej rękę.- Mamy dziś do załatwienia pewną sprawę w Londyńskim klubie Angels. Eric znalazł pewne informacje. Podobną tamtejsze młode wampiry przesadzają z Karmicielami. Trzeba do sprawdzić. Pojedziesz dzisiaj z Jackiem i rozejrzysz się trochę.- mówiąc to spojrzał jej głęboko w oczy. Czuła się jakby dostał się do jej umysłu.- Nie chce, żeby ktoś zginął. Nie podejmuj żadnych decyzji, bez konsultacji z Zakonem. Zrozumiałaś?
-Tak. Możesz na mnie liczyć.- patrzyła mu prosto w oczy.
- Dobrze, a teraz się przygotuj.- Zebrał broń z podłogi i wyszedł z zbrojowni. Katherine patrzyła jak wychodzi i skierowała się do swojego pokoju. Musiała znaleźć coś na ten wieczór. Może jakoś czarną, seksowną sukienkę. Tak. Powinna taką mieć. Może dowie się czegoś o swoich wrogach. Lucan nauczył ją kontrolować umysły ludzi i zamierzała z tego skorzystać. O tak! Zapowiada się długa noc…


poniedziałek, 10 lutego 2014

Rozdział II...

     Z domu dochodziły nieustanne krzyki. Słychać było płacz małej dziewczynki. Nikt nie zwracał na to uwagi. Tam zawsze tak było. Piękne, potężny dom na granicach Przystani stał tam od wielu pokoleń. Zawsze wzbudzał podziw i fascynował resztę mieszkańców. Należał on do rodziny Archerów, którzy rządzili w tym zakątku. Kiedyś było tam inaczej. Po śmierci, a raczej zabójstwie starego Lazara dom zmienił się diametralnie. Nikt nie reagował na krzyki Evy, nikt nie zwracał uwagi na posiniaczoną twarz jej oraz jej dzieci. Bali się gniewu Emila. Był on nieobliczalny, nerwowy i agresywny. Denerwowało go choćby spojrzenie.
     Nienawidził gdy ktoś mu się stawiał, a już szczególnie któryś z członków rodziny. Miał ostatnio wiele problemów. Ktoś ewidentnie mordował jego sprzymierzeńców. Bez słowa znikały potężne wampiry. Czuł strach. Wiedział, że niedługo będzie jego kolej. Jeszcze był ten gówniarz, który zaczął mu się stawiać. Ren, jego jedyny syn myślał, że zdoła mu się przeciwstawić.  Postanowił sobie za cel bronić te głupie idiotki. Dobrze, że nie było go w domu, przynajmniej nie musiał się z nim użerać. Zdenerwował go płacz małej Evelynn i ciągłe pretensje Evy. Miał tego dość. Wszystko obróciło się przeciwko niemu. Nie mógł tego dłużej znieść. Podszedł do swojej partnerki i uderzył. W jego oczach można było zobaczyć furię. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien wchodzić mu w drogę. Uderzył znowu. Tym razem upadła. Wyczuł jej krew, wiedział, że jutro jej ciało będzie całe w siniakach. Podniósł rękę i…
     Tatusiu..proszę..przee.stań- wyrzuciła z siebie spazmami płaczu mała Evelynn. Podbiegła do niego i złapała za nogę. Myślała, że to pomoże, ale tylko zaogniła sytuację. Emil podniósł ją za włosy i rzucił o ścianę. Tera dostanie na co zasłużyła. Powinna siedzieć w kącie, a nie mu się sprzeciwiać. Jeszcze brakowało mu jednego bachora, który nie czuje przed nim respektu. Powoli zbliżał się do niej. Zaczął zdejmować pas od spodni. Zobaczył na jej twarzy strach i na jego usta wypłynął okrutny uśmiech.
Nikt cię nie nauczył dziecko, że nie wolno wtrąca się nieproszonym - syknął – sądziłem, że jestem mądrą dziewczynką, a tu proszę. Robisz się taka sama jak brat, ale już niedługo nauczysz się okazywać szacunek ojcu. – wykrzyczał jej prosto w twarz. Nie zauważył, że drzwi wejściowe się otworzyły. Był tak zaślepiony w swojej furii, że nie usłyszał kroków. Pochylił się i już chciał uderzyć córkę, gdy ktoś skoczył mu na plecy. Próbował się wyrwać, ale nic to nie dało. Jego przeciwnik przyłożył mu nóż do gardła. Przez chwilę myślał, że przyszła po niego i niedługo zakończy swój marny żywo. Nie mógł się odwrócić, by zobaczyć jej twarz, ale poczuł jak sztylet drgnął przy jego gardle. Wykorzystał ten moment i zwalił przeciwnika z kolan. Usiadł na przeciwniku i zabrał z jego ręki broń.
     Co ty soobie wyoobrażaszz? - syknął prosto w twarz swoje pierworodnego. Myślisz, że jesteś ode mnie silniejszy, Ren? – mówiąc to uderzył go w twarz. – Czemu wszyscy obróciliście się przeciwko mnie. Jestem twoim ojcem i powinienem cię zabić, za to co przed chwilą zrobiłeś. – wbił sztylet w brzuch syna. – Ale będę wspaniałomyślny i  będziesz patrzył jak twoja matka przyjmuję twoją karę na siebie!- mówiąc to zaśmiał się okrutnym głosem. Podniósł syna i zadał jeszcze jeden cios. Chłopak nie mógł się podnieść. Próbował, ale mu się to nie udawało. Zobaczył tylko jak ojciec podchodzi do matki i kaleczy jej policzek. Słyszał jeszcze głos swojej siostry, ale obraz już mu się zamazał. Potem ogarnęła go ciemność.
                                                                       *********
     Kwatera znajdowała się na starej posesji, która nie wyglądała zbyt zachęcająco. Mroczne, stare cegły, z których zbudowany był dom wydawały się niestabilne, ale to nie była prawda. Tak naprawdę zbudowany był solidnie i niektórzy potrafiliby dostrzec w nim piękno. Na posesji Kwatery rosły wielkie, tajemnicze drzewa okalające małe, ceglane ścinki, które miały namalowane znaki łowców. Istniały one od XV w. i zawierały sekrety, które mogły tylko dostrzec osoby nadprzyrodzone, choć trzeba przyznać, że tylko nieliczni wiedzieli co oznaczały. Właśnie do tych osób należała Katherine. Po zakończonej misji pojechała do domu. Tak, właśnie. Domu. Tym była dla niej Kwatera, a wojownicy byli jej jedyną rodziną, za którą potrafiłaby oddać życie. Wbiegając po schodach pogłaskała Lunę, starą sukę, która należała do Annie. Nikt nie potrafił określić jej rasy, ale widać było w oczach tego psiska wielką mądrość. Kat pomyślał jak wiele razy ta suka towarzyszyła jej w chwilach załamania. Jak wiele razy dzięki niej przetrwała najgorsze. Była jej za to wdzięczna i już dawno temu stwierdziła, że to właśnie Luna zostanie jej najlepszą przyjaciółką. Myśląc o tym nie zauważyła jak weszła do środka. Postanowiła, że najpierw się zamelduje, a potem weźmie gorący prysznic i zmyje z siebie krew. Kwatera choć z zewnątrz wydawała się być stara, to wewnątrz posiadała najnowocześniejsze udoskonalenia. Była bogata w technologię, nawet bardziej niż siedziba ABNW. Katherine ustała przed szklanymi drzwiami do laboratorium i dała znak Ericowi, by ją wpuścił. Odchyliły się one z cichym sykiem.
No, w końcu. – powiedział, uśmiechając się do niej. Sądziłem, że już zapomniałaś o starych przyjaciołach.
Hej, miałam po prostu parę spraw do załatwienia- to powiedziawszy podała Ericowi kartkę, którą znalazła u swojej ofiary. Chcę, żebyś to poszukał informacji o tej osobie i dał mi znać, kiedy coś znajdziesz.- mówiąc to już kierowała się do drzwi.
Nie ma sprawy-  jej przyjaciel i najlepszy informatyk wojowników zaczął przeszukiwać swoje dane. Katherine mimo woli się uśmiechnęła. Nikt nie pomyślałby, że ten wysportowany, mroczny blondyn o topazowych oczach woli komputery od walki.
     Wbiegła szybko po schodach i zamknęła się w swoim pokoju. Zdejmując po drodze ubrania dotarła do łazienki. Powinna już dawno wyrzucić te duże lustro. To co w nim zobaczyła było przerażające. Nie został nawet ślad po wesołej  dziewczynie, a w jej miejsce wstąpiła blada, mroczna kobieta, w której oczach można było dostrzec wielką wojowniczkę. Nawet cienie pod oczami nie psuły tego wrażenia. Chłopacy, z którymi się spotykała mówili, że jest piękna. Ona tego nie widziała. Obserwując siebie stwierdziła, że jest przemęczona tym wszystkim, ale już niedługo to się skończy i wreszcie zrobi sobie wolne. Weszła pod prysznic i pozwoliła wodzie zmyć z niej wszystkie troski i zamazać wspomnienia dzisiejszej nocy…


środa, 5 lutego 2014

Rozdział I...

     Londyn właśnie zaczął pokrywać się mrokiem. Mieszkańcy już dawno zapadli w sen. Można było spotkać tylko nielicznych. Grupki narkomanów wstrzykujących sobie śmiertelne dawki. Pijani imprezowicze, którzy za cel postanowili sobie zbudzić wszystkich. Złodzieje, którzy szukali łatwego łupu oraz dwójka postawnych mężczyzn rozmawiających cicho, stojąc przy czarnym samochodzie. Nikt nie zauważył, że ich oczy wyrażały strach. Byli tylko sługami swojego pana, kimkolwiek on był. Wysoki blondyn zaczął szybko gestykulować. Najwyraźniej był zdenerwowany. Jego towarzysz zaciskał usta i niecierpliwie przebierał nogami. Byli zbyt pochłonięci, by zauważyć postać kryjącą się pomiędzy wielkimi, starymi dębami. Kobieta cała ubrana w czerń uważnie ich obserwowała. Czekała na odpowiedni moment, by wyjść z cienia. Ktokolwiek by ją zauważył pomyślałby, że jest słabą kobietą, która chowa się przed kimś. Nic bardziej mylnego. Dziewczyna ta była doskonałą zabójczynią. Od pięciu lat była szkolona przez najlepszych wojowników swojego oddziału. Ta niepozorna siedemnastolatka przelała krew wielu istot. Była najlepszą wojowniczką. Ha! Była jedyną dziewczyną w swoim oddziale. Pchana żądzą zemsty w ciągu kilku lat zyskała szacunek swoich towarzyszy, a także zyskała wielu wrogów. Była najbardziej poszukiwaną osobą przez Agencję Bezpieczeństwa Wampirów. Choć nikt nie zna jej tożsamości, to starszyzna o niej słyszała. Była ich zagładą, śmiercią, koszmarem i właśnie o to jej chodziło.

     Szybciej. Zaraz tu zamarznę- szepnęła w myślach. Czekała na nich już od dwóch godzin i ani razu nie zmieniła pozycji. Choć zwykle jej to nie przeszkadzało, dziś było nie do wytrzymania. Tegan przekazał jej, że osoby, które teraz obserwowała, posiadały informację na temat mężczyzny, który był odpowiedzialny za śmierć jej bliskich. Zagłębiła się we wspomnieniach z tamtej koszmarnej nocy, gdy straciła wszystkich, których kochała. Ocknęła się dopiero, gdy usłyszała jak zamykają się drzwi samochodu.

     Zaraz się zacznie- pomyślała, przygotowując broń. Samochód zaczął odjeżdżać, a wysoki blondyn zaczął się oddalać w uliczki Londynu. Wyszła z ukrycia i podążyła za nim skradając się pomiędzy cieniami. Była w tym dobra, a pomyśleć, że kiedyś nie potrafiła nawet schować się, gdy grała w chowanego z Henrim. Zawsze musiał ją zdradzić jakiś odgłos. Gdy była młodsza nie potrafiła wytrzymać nawet 5 minut bezgłośnie. Zawsze była gadatliwa, rozbrykana i niezdecydowana. Pomyśleć, że dziś wyrosła z niej silna, szybka i opanowana dziewczyna, która potrafi wytrzymać bez ruch więcej niż jakikolwiek inny osobnik. Nawet jej towarzysze broni musieli po jakimś czasie rozprostować kości, ale nie ona. Można by pomyśleć, że nie odczuwała bólu, ale to nieprawda. W sensie fizycznym była przygotowana na wszystko, potrafiła się odgrodzić od niego, ale głęboko w sobie nosiła rany, które nigdy się nie zagoją. Wampir podchodził w okolice starego zakładu. To była jej szansa. Wychodząc z cienia zwróciła na siebie uwagę przeciwnika. Przyglądał jej się przez chwilę, po czym na jego ustach pojawił się złośliwy uśmieszek.

     Widzę, że się zgubiłaś dziewczynko. Nikt ci nie powiedział, że Londyn nocą jest niebezpieczny. Nawet nie wiesz co ci się może stać. Masz szczęście, że trafiłaś na mnie kotku.- kiedy skończył to mówić podbiegł do niej z niesamowitą prędkością. Był tak zadowolony myślą o napiciu się jej krwi, że nie zauważył jak w jej ręce zajaśniał srebrzysty błysk. Nie zdążył nawet zerknąć w dół, gdy jego brzuch przecięło tytanowe ostrze. Spojrzał na nią zdziwiony i otrzymał kolejny cios. Tym razem zraniła jego ramię. Przestraszony cofnął się w tył, ale kobieta była już przy nim i trzymała nóż przy jego szyi.

     Kimm..je..steś..- wysyczał przerażony. Spojrzał w jej oczy i pomyślał, że ją skądś zna. Patrzył w ciemne oczy młodej kobiety i zobaczył tylko stalową determinację.- Kim..jesteś…?

     Nie pamiętasz mnie? Kilka lat temu ty i twoi partnerzy zamordowaliście, a potem spaliliście Przystań Verney’ów. Tak się składa, że nie pozbyliście się wszystkich, kotku- mówiąc to przycisnęła bardziej ostrze do jego gardła. Mała Katy, córka Christophera Verney’a i jego ślicznej partnerki Luizy. Śliczna, roześmiana dziewczynka w kucykach biegająca na dworze. Kiedy był u nich wydział ją przez okno. Zaczął wtedy żałować swojej decyzji. Czy miał prawo zabić ich i pozbawić ją przyszłości? Wiele razy zadawał sobie te pytanie i znał odpowiedź. Nie miał takiego prawa, a patrząc w oczy tej młodej dziewczyny, tylko potwierdził się w tym przekonaniu. Zrozumiał, że dziś poniesie za to karę.

     Przepraszam- wyszeptał – przepraszam Kat…- mówiąc te słowa sztylet zagłębiał się w jego gardło. Krew buchnęła na wszystkie strony. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz i odszedł na zawsze. Katherine stała tak i tylko mu się przyglądała. Nie zważała na krew plamiącą jej ubranie. Wiedziała, że dziś zbliży się do prawdziwego wroga. Pochyliła się nad ciałem i wyciągnęła ostrze. Zauważyła zgiętą kartkę papieru i przeczytała. Emil Archer. 25 października, stacja Clipfoord. Poczuła, że już niedługo spełni swoją przysięgę.

wtorek, 14 stycznia 2014

Prolog...


Widzę ogień, który pożera wszystko dookoła. Co tu się dzieję? Zadaję sobie te pytanie, biegnąc w płomienie. Wszystko zostało zniszczone, wszystko! Wszystko obraca się w proch. Widzę domy, w których bywałam wiele razy, patrzę jak ogień je pożera. Gubię się. Boję. Upadam. Nie widzę już nic. Duszę się. Nie chcę żyć. Czemu na to pozwoliłam? Dlaczego was wtedy nie posłuchałam? Czemu zawsze muszę postawić na swoim? To ja sprowadziłam te piekło. Piekło, które pochłania wszystko, co stoi mu na drodze. Umieram. Czuję jak ogień pali moją skórę. Nie mogę oddychać. Krzyk. To on sprowadza mnie z powrotem. Słyszę twój głos. Muszę się podnieść, muszę walczyć. Jak mam to zrobić skoro nie mogę otworzyć oczu? Jak? Nie mogę się poddać. To mój błąd sprowadził na nas piekielną czeluść. Podnoszę się. Znajdę cię. Biegnę, choć nie widzę własnych nóg. Potykam się. Czuję coś pod sobą. Nie! Nie! Nie! Boże, co ja zrobiłam. Henri. Błagam cię Boże, tylko nie on. Błagam. Próbuję wyczuć jego puls, ale to na nic. Właśnie straciłam osobę, która była moim jedynym sojusznikiem. Najlepszym przyjacielem. Osobę, którą była częścią mej duszy. Ostatni raz przytulam się do Ciebie, przyjacielu. Choć twoja dusza już dawno opuściła ziemię, czuję, że muszę to zrobić. Całuję twe usta, zalewając się łzami. Wstaję. 
Ja Katherine Annabell Clarissa Verney , przysięgam, że pomszczę Waszą śmierć. Zniszczę tych, którzy to zrobili oraz uczynię z ich życia piekło. Przysięgam.